Tak, piszę coraz
rzadziej. Wiek metrykalny odzywa się w lipcu i sierpniu jakby głośniej. Przesypiałem
pogodowe dzienne ekstremy, więc musiałem „wampirować” w nocy. Diagnoza
samochodowa już postawiona, zupełnie nie była dla mnie pozytywna. Pozostały
więc ostatnie robótki para-kosmetyczne. A to oznacza wieczne czekanie na
kurierów, jedni nie mają hierarchii godzinowej, drudzy jak DPD prywatnym
dostarczają paczki na koniec dnia, za pośpiech
żądając dopłaty. Komu ją wnieść? Tajemnica mundialu. Ale to i tak
sukinsyństwo, bo niby czym lepsze pieniądze korporacji z okolic od moich? A do
korporacji, sto metrów ode mnie, wali się od ósmej. A gdy znikną wam prywatni
odbiorcy, niemieckie głąby? Dobra, wiem, podniesiecie ceny. Szlag z wami…
W sieci dalsze omawianie do jakiego momentu wolno jednemu
człowiekowi oszukiwać drugiego. Znów rzecz o samochodach. We vlogu Jarpena,
sympatycznego i takiego „wprost” człowieka rozmowa zainicjowana przez komentatorów
o tym, jakim to jakoby głąbem okazał się kupując BMW z silnikiem zużywającym
mniej więcej tyle oleju na 100 kilometrów, co stary Trabant. Ale dla mnie to asumpt do zupełnie innych rozważań,
właściwie już zasygnalizowanych w poprzednim felietonie: nie ma co bać się
najazdu Hunów, załatwią nas nasi rodacy. Oszustwa motoryzacyjne trwają
oczywiście nie od dzisiaj. Kiedyś na takiej giełdzie samochodowej stosunkowo łatwo
było je rozpoznać. Po wyglądzie sprzedającego, po jego opowieściach, minach i
niekompletnych dokumentach. Chciałeś wskakiwać do jeziora z siarkowym kwasem –
wskakiwałeś. I nie miałeś potem do nikogo pretensji. Dzisiaj wita cię w
sieciowym inseracie rzekomy przedstawiciel „grupy kapitałowej”, opowiada
banialuki bardzo zgrabnie wpisane w epokę rzekomej zarazy, prezentuje auto,
którego bez dedykowanego dla marki komputera sprawdzić się po prostu nie da,
inkasuje pieniądze – i znika. Jak potem udowodnisz, że to nie ty wyrżnąłeś katalizator? Przegląd techniczny
polski i niemiecki jest jak najprawdziwszy, piłowanie drogiej części zaczęto
przecież nie przed nim, ale po nim. Choć rzecz jasna przed sprzedażą.
Inny spokojnie słucha co masz do powiedzenia na temat
ostatniej motoryzacyjnej przygody. Opowiada o swoich. Na umówione miejsce
spotkania nie przyjeżdża oferowanym autem. Może chce olśnić klienta i wali
pojazdem dwie klasy wyższym, a na pewno osiem razy droższym? No tak, zbiornik
paliwa sprzedawanego auta prawie pusty, do stacji benzynowej ze sto metrów,
kupujący zajmie się tankowaniem, więc nie zwróci uwagi na niedoskonałości
przedmiotu sprzedaży. O, to jest właśnie nowa metoda na tym rynku: odwrócić
uwagę kupca! Wszystko jedno czym. Małe wgniotki karoserii kryją poważniejsze
usterki silnika. Niewyważone opony - brak ustawienia zbieżności. A paczka
pokrowców na fotele w bagażniku istotną wadę cewek zapłonowych. Po kilku
kilometrach będzie jazda na trzech cylindrach, zużycie paliwa skoczy w górę o
jakieś pięćdziesiąt procent… Panie, to ma hamulce jak brzytwy! Nieprawda. Ale i
tak ważniejsze okazuje się to, że płyn wycieka z hamulcowych przewodów
elastycznych. Faktury napraw zbierane przez poprzedniego właściciela: warto
było zawracać sobie głowę archiwizowaniem dokumentów mówiących o wymianie
oleju? Bo o rozrządzie ani słowa, ani papierka… I wisienka na torcie, czyli
brak katalizatora. Ale przecież przeszedł przegląd! Dobrze, kolego, dzisiaj nawet
przedszkolaki wiedzą jak i za ile to się robi. I to, że w dokumentacji wszystko
się zgadza, a komputerowe zapisy to rzecz do „poprawienia”, potem po
modyfikacjach doskonałe alibi. Będziesz miał nabywco dużo szczęścia jeśli
dojedziesz do domu…
Ja dojechałem. Ale nie dlatego, że auto okazało się
niezawodne. Raczej z tej przyczyny, że znałem model i markę, wiedziałem jak
obejść usterki, czy łagodnie traktować „kalekę”. Nie, nie obyło się bez ofiar,
będą wychodzić jeszcze przez czas jakiś, techniki nie da się oszukać tak łatwo.
Dzisiaj czekam na wpłynięcie pieniędzy z wynegocjowanego zwrotu części kosztów.
Czekam – bo bankowi nigdzie się nie spieszy i kasa będzie o dziesiątej, albo
siedemnastej, aż zaksięgują wpływy. Gdy będzie – sprawcy zamieszania nigdy nie
dowiedzą się co im groziło. Nie w sensie procesu sądowego czy fizycznej przemocy.
W sensie administracyjnego zawiadamiania odpowiednich instytucji o czynnościach
powodujących utratę zaufania do płatnika podatków, czy szefowej firemki
sprzedającej ubezpieczenia, ale formalnie potwierdzającej nieprawdę. No: pieniądze
właśnie doszły!
Jest więc sens mówienia o tym wszystkim - czy nie ma? A
jednak o dolegliwościach i kłopotach dnia powszedniego mówić należy. Bezsens
taki, że gdy się potem człek przyjrzy temu wszystkiemu to wychodzi, że jest
bezdusznym malkontentem i marudą. Ale milczenie nie załatwia sprawy. Od kilku
miesięcy korzystając ze skradzionej mojej prywatnej tożsamości banda złodziei
namawia mnie bym wpłacił na ich konto „depozyt” 250 dolarów – bo zaraz potem
zarobię jak twierdzą parę tysięcy zielonych. Podobno mój awatar już zarobił… W
tym czasie na moją pocztę, łatwo zdobyć podobny adres choćby z jakiegoś portalu
zakupowego, otrzymałem już ponad dwie setki maili. Do czego mnie namawiacie
chłopaki i dziewczynki? Do przystąpienia do bandy złodziei i wydrwigroszy?
Przecież wiecie doskonale, że nie zarobiłem żadnych pieniędzy na nie
istniejącym obrocie bitcoinami (bo tym gównem nie obracam), że nie jestem łasy
na cudze i że doskonale orientuję się, iż uleganie szantażystom nigdy nie
kończy się dobrze. Przeciwnie - otwiera potężną pokusę do mnożenia kolejnych
żądań. Co wam powiedzieć? Dyplomatycznie, zgodnie z jakąś nowomową czy
szczerze? Wprost: pierdolcie się sami!
M.Z.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz