niedziela 29 2021

O sensie i bezsensie


Tak,  piszę coraz rzadziej. Wiek metrykalny odzywa się w lipcu i sierpniu jakby głośniej. Przesypiałem pogodowe dzienne ekstremy, więc musiałem „wampirować” w nocy. Diagnoza samochodowa już postawiona, zupełnie nie była dla mnie pozytywna. Pozostały więc ostatnie robótki para-kosmetyczne. A to oznacza wieczne czekanie na kurierów, jedni nie mają hierarchii godzinowej, drudzy jak DPD prywatnym dostarczają paczki na koniec dnia, za pośpiech  żądając dopłaty. Komu ją wnieść? Tajemnica mundialu. Ale to i tak sukinsyństwo, bo niby czym lepsze pieniądze korporacji z okolic od moich? A do korporacji, sto metrów ode mnie, wali się od ósmej. A gdy znikną wam prywatni odbiorcy, niemieckie głąby? Dobra, wiem, podniesiecie ceny. Szlag z wami…

W sieci dalsze omawianie do jakiego momentu wolno jednemu człowiekowi oszukiwać drugiego. Znów rzecz o samochodach. We vlogu Jarpena, sympatycznego i takiego „wprost” człowieka rozmowa zainicjowana przez komentatorów o tym, jakim to jakoby głąbem okazał się kupując BMW z silnikiem zużywającym mniej więcej tyle oleju na 100 kilometrów, co stary Trabant. Ale dla  mnie to asumpt do zupełnie innych rozważań, właściwie już zasygnalizowanych w poprzednim felietonie: nie ma co bać się najazdu Hunów, załatwią nas nasi rodacy. Oszustwa motoryzacyjne trwają oczywiście nie od dzisiaj. Kiedyś na takiej giełdzie samochodowej stosunkowo łatwo było je rozpoznać. Po wyglądzie sprzedającego, po jego opowieściach, minach i niekompletnych dokumentach. Chciałeś wskakiwać do jeziora z siarkowym kwasem – wskakiwałeś. I nie miałeś potem do nikogo pretensji. Dzisiaj wita cię w sieciowym inseracie rzekomy przedstawiciel „grupy kapitałowej”, opowiada banialuki bardzo zgrabnie wpisane w epokę rzekomej zarazy, prezentuje auto, którego bez dedykowanego dla marki komputera sprawdzić się po prostu nie da, inkasuje pieniądze – i znika. Jak potem udowodnisz, że to nie  ty wyrżnąłeś katalizator? Przegląd techniczny polski i niemiecki jest jak najprawdziwszy, piłowanie drogiej części zaczęto przecież nie przed nim, ale po nim. Choć rzecz jasna przed sprzedażą.

Inny spokojnie słucha co masz do powiedzenia na temat ostatniej motoryzacyjnej przygody. Opowiada o swoich. Na umówione miejsce spotkania nie przyjeżdża oferowanym autem. Może chce olśnić klienta i wali pojazdem dwie klasy wyższym, a na pewno osiem razy droższym? No tak, zbiornik paliwa sprzedawanego auta prawie pusty, do stacji benzynowej ze sto metrów, kupujący zajmie się tankowaniem, więc nie zwróci uwagi na niedoskonałości przedmiotu sprzedaży. O, to jest właśnie nowa metoda na tym rynku: odwrócić uwagę kupca! Wszystko jedno czym. Małe wgniotki karoserii kryją poważniejsze usterki silnika. Niewyważone opony - brak ustawienia zbieżności. A paczka pokrowców na fotele w bagażniku istotną wadę cewek zapłonowych. Po kilku kilometrach będzie jazda na trzech cylindrach, zużycie paliwa skoczy w górę o jakieś pięćdziesiąt procent… Panie, to ma hamulce jak brzytwy! Nieprawda. Ale i tak ważniejsze okazuje się to, że płyn wycieka z hamulcowych przewodów elastycznych. Faktury napraw zbierane przez poprzedniego właściciela: warto było zawracać sobie głowę archiwizowaniem dokumentów mówiących o wymianie oleju? Bo o rozrządzie ani słowa, ani papierka… I wisienka na torcie, czyli brak katalizatora. Ale przecież przeszedł przegląd! Dobrze, kolego, dzisiaj nawet przedszkolaki wiedzą jak i za ile to się robi. I to, że w dokumentacji wszystko się zgadza, a komputerowe zapisy to rzecz do „poprawienia”, potem po modyfikacjach doskonałe alibi. Będziesz miał nabywco dużo szczęścia jeśli dojedziesz do domu…

Ja dojechałem. Ale nie dlatego, że auto okazało się niezawodne. Raczej z tej przyczyny, że znałem model i markę, wiedziałem jak obejść usterki, czy łagodnie traktować „kalekę”. Nie, nie obyło się bez ofiar, będą wychodzić jeszcze przez czas jakiś, techniki nie da się oszukać tak łatwo. Dzisiaj czekam na wpłynięcie pieniędzy z wynegocjowanego zwrotu części kosztów. Czekam – bo bankowi nigdzie się nie spieszy i kasa będzie o dziesiątej, albo siedemnastej, aż zaksięgują wpływy. Gdy będzie – sprawcy zamieszania nigdy nie dowiedzą się co im groziło. Nie w sensie procesu sądowego czy fizycznej przemocy. W sensie administracyjnego zawiadamiania odpowiednich instytucji o czynnościach powodujących utratę zaufania do płatnika podatków, czy szefowej firemki sprzedającej ubezpieczenia, ale formalnie potwierdzającej nieprawdę. No: pieniądze właśnie doszły!

Jest więc sens mówienia o tym wszystkim - czy nie ma? A jednak o dolegliwościach i kłopotach dnia powszedniego mówić należy. Bezsens taki, że gdy się potem człek przyjrzy temu wszystkiemu to wychodzi, że jest bezdusznym malkontentem i marudą. Ale milczenie nie załatwia sprawy. Od kilku miesięcy korzystając ze skradzionej mojej prywatnej tożsamości banda złodziei namawia mnie bym wpłacił na ich konto „depozyt” 250 dolarów – bo zaraz potem zarobię jak twierdzą parę tysięcy zielonych. Podobno mój awatar już zarobił… W tym czasie na moją pocztę, łatwo zdobyć podobny adres choćby z jakiegoś portalu zakupowego, otrzymałem już ponad dwie setki maili. Do czego mnie namawiacie chłopaki i dziewczynki? Do przystąpienia do bandy złodziei i wydrwigroszy? Przecież wiecie doskonale, że nie zarobiłem żadnych pieniędzy na nie istniejącym obrocie bitcoinami (bo tym gównem nie obracam), że nie jestem łasy na cudze i że doskonale orientuję się, iż uleganie szantażystom nigdy nie kończy się dobrze. Przeciwnie - otwiera potężną pokusę do mnożenia kolejnych żądań. Co wam powiedzieć? Dyplomatycznie, zgodnie z jakąś nowomową czy szczerze? Wprost: pierdolcie się sami!

M.Z.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz