wtorek 15 2022

Władcy. Czy much?



Właściwie to rzecz o realiach, które już obowiązują, ale z których jakby nie zdajemy sobie sprawy. Człowiek nie jest już własnością samego siebie.
Jest własnością nadrzędnych wobec niego instytucji. I przedstawicieli tych instytucji, wszystko jedno w jakiej randze czy usytuowaniu. Kto zacz? Dzisiaj lekarze. Ale opowiem po kolei…

Z bliżej nieznanych mi powodów choruję na serce. Podobno poważnie. W jednym tylko roku 2020 dwukrotnie straciłem przytomność na kilkanaście minut. Po prostu odjechałem, nie było mnie i nie wiem gdzie się wtedy znajdowałem. Za pierwszym razem wezwane pogotowie ratunkowe przyjechało w chwili, w której byłem już przytomny i właściwie całkowicie świadomy tego gdzie się znajduję i jak się czuję. Spokojnie i bez paniki działała moja żona, pierwsze działania przywracające mnie do życia to jej dzieło. Podłączono mnie do aparatu EKG, to oczywiście robili ratownicy medyczni. Wynik przesłali radiowo do kardiologa. Ten nie wysilając się szczególnie także radiowo odpowiedział, że powiększona lewa komora serca, wydłużona aorta i coś tam jeszcze, nie znam tych skrótów. Zarządzono transport do szpitala dodając przy okazji, że skoro panuje epidemia to nie ma mowy o odwiedzinach, a kiedy wyjdę, to co mi jest i jakie mam brać lekarstwa zdecydują mądrzejsi. Oczywiście odmówiłem. I wtedy zażądano ode mnie podpisania stosownego dokumentu. Że nie chcę, że odmawiam itd.

Drugi raz przytomność straciłem nie w domu, ale w piwnicy. Zanosiłem koła zimowe samochodu po wymianie, coś poszło nie tak, kilkanaście minut spędziłem przytulony do stosiku stalowych felg. Oprzytomniałem, porozumiałem się telefonicznie z żoną, zaprowadziła mnie do domu. Żadne pogotowie nie było już wzywane. Tym razem niczego na piśmie nie musiałam sam sobie stwierdzać.

14.02.2022, zamówiona wizyta u lekarza rodzinnego, bezpośrednio przed nią mam zjawić się na badaniu EKG. Młody pan doktor klepie oczywiście coś na komputerze, dzisiejsze wizyty od tego się zaczynają. Jego zdaniem wynik EKG jest skrajnie zły, pada pytanie czy przechodziłem zawał serca. Oficjalnie to nikt go u mnie nie stwierdził, więc skąd mam do cholery wiedzieć. Mówię to tylko o czym  wiem i co wyżej nazwałem. Pada zlecenie wykonania kolejnego badania krwi, tym razem rzecz nie refinansowana z NFZ-u. Dlaczego pełna morfologia jest bezpłatna, a badanie krwi z palca płatne – nie mam pojęcia. Skierowanie do kardiologa. Ale gdzie taki i kiedy może mnie przyjąć – pan doktor nie wie, to już moja sprawa i muszę postarać się sam. Albo zapłacić, kardiolog urzęduje w sąsiednim pokoju. Sugeruje natomiast, że chciałby wezwać karetkę, która odwiezie mnie do „jakiegoś szpitala”. Po co? Czuję się dobrze, nie mam żadnych bólów w klatce piersiowej, przyjechałem na badania autem i zamierzam odstawić je do garażu, a nie zostawiać łasce bożej i stróżów parkingu Lux-Medu. Dlaczego bez osoby towarzyszącej? Bo tego zażądała panienka z rejestracji. Ważna maseczka – ale dla chorego towarzystwo już zbędne. Zaczynam się denerwować. Pytam czemu ma służyć ta propozycja, skąd pomysł szpitala i dlaczego lekarz tam właśnie mnie wysyła. Pada odpowiedź, że dla przeprowadzenia kompleksowych badań, lekarz chciałby wiedzieć coś tam o przyczynach choroby i ewentualnie zarządzić dalsze postępowanie. I znów – po pierwsze nie zgadzam się na  żaden szpital. Co ma mi niby grozić bez tego „przybytku”? Słyszę stanowcze „nagły zgon”. Nie jestem histerykiem - ale i tak zapada grobowa nomen omen cisza. Oczywiście znów muszę podpisać brak zgody na „uszpitalnienie”. Podpisuję. Młodzian w białym kitlu po drugiej stronie biurka bardzo szybko orientuje się, że narasta we mnie bunt, pytam o zarządzone przezeń leczenie. Trzy dodatkowe medykamenty prócz już zaordynowanych dwa tygodnie wcześniej, jeden nadciśnieniowy na receptę, dwa pozostałe to właściwie tzw. suplementy diety. Do widzenia, koniec wizyty.

Refleksje i wnioski? Być może istotnie moje serce odmawia posłuszeństwa, krótko mówiąc właśnie umieram, choć jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy. Lekarz po odebraniu braku zgody na przewiezienie do szpitala wyraźnie rozluźnia się. Ale nadal nie jest skłonny do żadnego międzyludzkiego dialogu. Co robić, jak działać, chodzić, jak samego siebie traktować? Mniej soli, dużo płynów, rzucić palenie, ple, ple, ple, pierdu, pierdu... Jakieś tam dodatkowe osłuchanie stetoskopem, zmierzone ciśnienie krwi, wynik doktorkowi nie podoba się, choć mnie i tak dziwi, że po solidnym wkurwieniu się jest tak niski. Zapalam na parkingu papierosa, wracam do domu.

Czy szpitale polskie za zgon w ich salach pacjenta biorą jakieś dodatkowe pieniądze? Co oznacza dla lekarza stwierdzenie „kierujemy pana tam, bo my chcemy wiedzieć”? Czy ci panowie nie dostrzegają żadnej różnicy pomiędzy doświadczeniem na żabie, a terapią dorosłego, po ludzku niezależnego pacjenta? Wiedzą cokolwiek o wolnej woli chorego? Czy kierując go do placówki szpitalnej czują się zwolnieni od jakiejkolwiek odpowiedzialności za wskazaną terapię, może własne niedoświadczenie czy popełnione błędy? A może powstrzymują się przed jakąś skuteczną terapią, bo po pierwsze jej nie znają, po drugie przepisując niewłaściwą ponosili by za to odpowiedzialność?

No tak, nie mam zaufania do polskiej "służby zdrowia". Nie mam zaufania do lekarzy czy ratowników dbających wyłącznie, albo przede wszystkim o to, by nie polec na jakimś zapomnianym manewrze broniącym ich osobiste dupska. Mimo tego, że jestem już na  emeryturze nie mam czasu i ochoty na spędzaniu kolejnych dni na kolejnych badaniach. Być może podnoszą one stan wiedzy medycznej ludzi przepisujących recepty na wyższy poziom - ale jako żywo mam to w dupie, bo nie jestem żabą laboratoryjną. Przypuszczam zresztą, że nawet owej żabie nie jest wszystko jedno czy po medycznych doświadczeniach będzie żyła, czy nie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że pewnie ta cała moja furia wynika z tego, że boję się strzykawek i widoku krwi. Nic bardziej mylnego - nie boję się igły, żyły mam jak postronki i niejedna początkująca pielęgniarka mogła by na mnie ćwiczyć pobierania zabarwionych na czerwono próbek. Wkurwia mnie natomiast (to właściwe słowo!) ta sztucznie wyćwiczona lekarska powaga, która kryje niewiedzę, może złą wolę albo tylko indolencję. Ile trzeba mieć w sobie bezczelności, by skonstatować, że serce jest do bani, ale nie wiadomo dlaczego, skąd, jak to leczyć albo i nie leczyć - bo resztę i tak powie (na pewno powie?) kolega kardiolog? Mój pan doktor wydawał się być zdziwiony na dictum, że wolę zdechnąć w domu, niż w "uspołecznionej placówce zdrowotnej". A co w tym takiego dziwnego, że ludzie wolą umierać pośród bliskich, a nie obcych kombinujących co by tu odchodzący na drugą stronę lustra mógł jeszcze podpisać, aby doktorka nigdy nikt o nic nie oskarżył.?

Tak, postarzałem się i zmierzam do naturalnego rozwiązania tego problemu. Obok siedzi mój czarny kot, identyczna sytuacja. W przeliczeniu z kociego na  ludzkie ma tyle samo lat. Tyle że on ma lekarza z prawdziwego zdarzenia. Lepszy kontakt z pacjentem, lepsze diagnozy i recepty, leki, sprzęt, wszystko. Wątpię by chciał zająć się i mną. A szkoda...

M.Z. 

środa 02 2022

RECEPTA NA CHOROBĘ WŁADCY?

 


Sto lat temu albo inaczej mówiąc w poprzedniej epoce obsługiwałem z płaszczyzny tak zwanej „centrali” dość znany konkurs Mistrz Gospodarności. Jak zorientowani twierdzili to była pewna forma nagradzania „jednych” i odrzucania „innych”. I oczywiście bardziej ceremonialnego dystrybuowania rzeczy i inwestycji, których wtedy w kraju brakowało: raczkującego sprzętu elektronicznego typu komputery, eternitu, wodo- i gazo-ciągów i tak dalej. I oczywiście kasy. Nie to, by dostawało się to zwycięzcom za darmo, co to to nie, pracowali ile wlazło. Nie oni jedni – ale kto i co ma wziąć decydowali Władcy. To inna bajka, obszerna i niekoniecznie na to miejsce. Bo tutaj chciałbym powiedzieć jedno – nigdy problemów lokalnych, gmin i małych miasteczek, nie byli w stanie ani kompletnie opisać, ani rozwiązać dziennikarze lokalni. Nie to bym odbierał im kompetencje czy umiejętności, tych nie brakowało. To znaczy – nie wszędzie, ale tak było. Chodziło bardziej o to, że lokalne jak się wtedy mówiło publikatory prowadzili ludzie po uszy zanurzeni w miejscowym systemie zależności. Tam mieszkali, stamtąd otrzymywali pensje, tam mieli komplety swoich bliskich. I to w konflikcie z miejscową władzą była sieć nie do rozerwania. Pal sześć, że zbyt dociekliwy mógł stracić pracę. Ale co z resztą rodziny, skoro lokalna władza była w istocie jeśli nie jedynym płatnikiem, to miała wpływ na wszystkich pozostałych płatników?. Bida, panie, czarna dziura i zgrzytanie zębów…

Wyjście? Pogadać z kimś z innego miasta, najlepiej określanego jako „centralne”. I opowiedzieć mu o kłopocie. Odmówili przyjazdu i zbadania sprawy – trudno. Rzecz nigdy nie wychodziła poza rozmawiające strony. Kropka. Ale jeśli już ktoś pofatygował się na przykład z Warszawy do Kłaja, Rucianego czy Olecka (tu wymieniam przypadkowe miejsca), problemowi przyjrzał się dokładnie i rzetelnie go opisał czy w jakiejkolwiek innej formie „sprawozdał” – pióra ze sprawców leciały potężne.

Dlaczego o tym właśnie? Trzy lata spędziłem na Mazurach w okolicach wspomnianego wyżej Olecka. Od czasu do czasu przyglądam się więc losom znajomych i nieznajomych tam mieszkającym, odwiedzanym miejscom, informującym o życiu mieszkańców portalom sieciowym. I oto jeden z nich porusza problem olewania prawnie istniejącego podmiotu informacyjnego przez burmistrza Olecka. Gościa, który uwielbia procesować się z własnymi obywatelami (nie chcę powiedzieć „poddanymi”) na koszt budżetu miasteczka, ale lokalnemu portalowi oleckiemu NIE ZAMIERZA odpowiadać na żadne pytania dotyczące tych procesów. Zwłaszcza na te ile owo pieniactwo kosztuje podatników. Dlaczego używam pojęcia pieniactwo? Bo niejeden z poprzednich procesów został sromotnie przegrany. Z tego co wiem ANI JEDEN WYGRANY. Pod oleckim tekstem o tym mówiącym pewien komentator doradza redaktorowi naczelnemu to co i ja tutaj mówię: proszę zwrócić się do kogoś „centralnego”, kto nie jest od burmistrza zależny i kto sprawę opisze jak należy i ze wszystkimi szczegółami. Także moim zdaniem właściwym adresem jest tygodnik samorządowy „Wspólnota”. Bo centralny czyli warszawski, bo ogólnopolski, bo burmistrz Olecka ma do nie przynajmniej teoretycznie za krótkie rączki. Być może jest tam  ktoś, kto zajmuje się podobnymi sprawami. Jak ja przed wieloma laty…

M.Z.

czwartek 07 2021

Szpetni ponad 20-letni

 

Szpetni ponad-dwudziestoletni?



 Czy interesuję się tylko polityką i tylko w kulawym wydaniu mazurskim? Oczywiście NIE! Lata temu zacząłem przyglądać się motoryzacji. Ale nie tylko pod kątem osiągów, techniki, ulepszeń i głośnego wydechu. Nawet jako młody człowiek wyżej ceniłem auto ciche i szybkie, niż głośno warczące i piszczące oponami na zakrętach. Samochód oglądałem pod kątem znaczenia motoryzacji dla zmian cywilizacyjnych. A że takowe następowały w rytm coraz potężniejszej motoryzacyjnej produkcji nikt chyba nie ma wątpliwości. Zaś gdyby nawet miał – niechaj przyjrzy się drogowej mapie takiej chociażby Ameryki czy Niemiec. I pomyśli, czy można dzisiaj nie zauważać milionów (a może i miliardów?) hektarów betonu i asfaltu. Zastanowi się jak bardzo cofnęli byśmy się do epoki kamiennej gdyby pewnego dnia po prostu wyparowały - zostawiając w tym miejscu potężne dziury i kałuże… W końcu kiedyś tak to właśnie było i wielu tamten świat uważa za lepszy. No cóż, etos rycerski nie powstał w dobie wieżowców...

 

Rozwój sieci jak to już opisywałem uruchomił potężne siły amatorskich żurnalistów motoryzacyjnych, ekspertów samochodowych i propagatorów motoryzacyjnych nowinek. Z jednej strony młodych, ale wiecznie naprężonych miłośników „poprawnej” polszczyzny, gdzie „Jaś kupywał chlebek”. O słowie KUPOWAŁ nie słyszeli, pewnie dziwoląg to jakiś. Druga strona takich głupot już nie popełnia, choć rzecz jasna do poprawności publicystycznej i merytorycznej dość im daleko. Okazało się bowiem, że nie wystarczy zakupić prostą kamerkę internetową i trzymając ją naprzeciw własnej twarzy w lewej ręce wygłaszać treści, za sprawą których ruszy na przykład monetyzacja na You Tube. Panowie zapomnieli o tym, że kamera nie wszystkich lubi, że bezlitośnie wyłapuje fałsz, że opowiadane dowcipy są jeśli nie trzeciej, to na pewno piątej kategorii – i pora przestać jeśli w ogóle chce się trwać. Telewizyjnych geniuszy – co mówię bez cudzysłowu – typu Profesora Chrisa z okolic Białegostoku jest… Tak: sztuk RAZ! Znakomicie zapowiadał się Zachar z Krakowa, postać sama w sobie unikalna – póki nie postawił jasno na coś, co podoba się coraz mniejszej grupie odbiorców. I co przeczy klasycznej motoryzacji, na której póki co wychowali się wszyscy. Chodzi oczywiście o samochody elektryczne. Zachar wykuł jednak wzór internetowo-telewizyjnej kultury. Co jak na informatyka jest moim zdaniem osiągnięciem kosmicznym i nie do podrobienia. Informatycy są z zasady technokratami... Ostatnio co prawda zaczął stosować w kolejnych nagraniach metody żywcem implementowane z podręcznika podrywacza (sztuczna modulacja głosu) – ale mam nadzieję, że niedługo da sobie spokój z tym patentem.

 

Nie chcę w tym miejscu dywagować zbyt obszernie na temat zakresu rzeczy i spraw, które wymienieni – ale nie tylko – panowie poruszają. Zachara nie interesują ciekawostki warsztatowe, w nich specjalizuje się Łysy Michu z Kościerzyny. Łysy połapał się zresztą na wartości Chrisa, który zajmuje się podobną tematyką, panowie zrobili razem ze dwa programy. I okazało się, że pasują do siebie jak pięść do nosa, nie warto tego ciągnąć dalej, bo będą straty po obu stronach. Ciekawostkami związanymi z bardzo niekiedy szczegółową historią motoryzacji zajmuje się niejaki Grzegorz w Motoryzacji Z Innej Perspektywy. Robi to bardzo, bardzo dobrze! Cała reszta jest równie sztuczna jak Kopiec Kościuszki w Krakowie, nie da się zaufać młodemu człowiekowi z programu Kameralnie, który ujeżdża auta w okolicach miliona złotych, a własnego Mercedesa ochrzcił imieniem Jessica. Cóż, zdecydowanie mu wolno. Podobnie jak mnie krytykować takie zabiegi… Małolat za kierownicą Porsche czy Lamborghini jest po prostu niewiarygodny. Myślicie, że tylko ja „tak mam”?

 


Dopływ nowej kadry… Owszem, istnieje. Kulturalny Jan Garbacz, niestety powierzchowny do bólu i nie dbający o takie detale, jak słyszalność ścieżki dźwiękowej nagrywanych filmów. To zresztą najmniejsza wada. Młody ów człowiek nie pojmuje, że poważny temat wymaga poważnego potraktowania. I prezentując dawno zapomnianą firmę NSU należy choćby wspomnieć o tym, że tak przeceniany w Polsce Volkswagen w połowie lat 70-tych ubiegłego wieku przeżył rewolucję w konstruowaniu aut. Tylnonapędowe ich produkty, chłodzone jak to się wtedy powiadało „wichurą” czyli powietrzem, zastąpiły pojazdy z silnikiem umieszczonym z przodu i napędzającym przednie koła. Pęd wiatru zastąpiła ciecz. Spadło zużycie paliwa, hałas, szkodliwość spalin, wzrosło miejsce dla kierowców i pasażerów. Co ciekawsze nie stało się



tak w wyniku tytanicznej pracy inżynierów VW, ale podkupieniu właśnie NSU. W przejętym modelu Ro-80 oryginalny silnik Wankla zastąpiono rzędową czwórką i wpuszczono do salonów pod marką VW K 70. Tak narodził się pierwszy przednionapędowy Volkswagen. Detale, prawda? Ale za sprawą tych detali mamy dzisiaj w salonach to, co mamy. Z drobną korektą: tytanów z Europu powoli zastępują tytani z Azji. A polska policja drogowa szaleńców w Mercedesach czy Audi ściga nie Porsche, ale sedanem… Kia Stinger. Podobno wykonanym, a przede wszystkim skonstruowanym lepiej od dowolnej konkurencji. Który z panów youtuberów przedstawi to w całości i ciekawie?

 

M.Z

 

niedziela 12 2021

Znowu na nie?

 



Perturbacje administracyjno-samochodowe… Pewnie mało to kogo obchodzi. Słusznie. Wkurza się właściciel, a to nie ma większego znaczenia dla reszty świata. Co innego urzędnicy w wydziałach komunikacji. Jak traktują ludzi? Pozornie normalnie. W istocie jak nadzorcy w jakimś obozie pracy. Jeśli cokolwiek im się nie zgadza, bez znaczenia, że to tylko taka ich imaginacja – zostajesz skierowany bratku po raz kolejny do kolejki. Co zrobisz by naprawić rzekomą niedoskonałość jakiegoś wpisu to już twoja sprawa. W najgorszym wypadku wrzucisz auto do Wisły i zawiadomisz policję. Ubezpieczyciela też, choć tu odszkodowanie ci się z polisy OC nie należy. Ale jeśli nie zawiadomisz – kara pewna! Wydział komunikacji, wszak tablice rejestracyjne to ich własność, nie twoja. Spóźnisz się? Kara finansowa. Nie, nie chce już mi się o tym pisać. Państwo tak dawno stało się opresyjne, że właściwie nikt już nie pamięta kiedy. Syndrom powoli gotowanej żaby. Ugotowali nas bo nie wyskoczyliśmy z gara w porę. Dla jakiegoś wyimaginowanego dobra daliśmy się zgłupić, omamić, otumanić. Prawdziwym przekręciarzom w umowach i dokumentach wszystko się zgadza. Reszta może iść do diabła. To trochę jak z gangsterami na pełen etat. W dupie mają  pozwolenie na broń. Wsadzają spluwy do kieszeni i niech się reszta martwi.

Od ponad 35 lat jeździłem z Warszawy do Ostrowca Świętokrzyskiego. Droga była w miarę prosta. Teraz „uprościli” ją tak, że można cholery dostać. Ale co ciekawsze dokładnie wszystkie wgrane w kilka telefonów aplikacje nawigacyjne każą wam w pewnej chwili zjechać ze szlaku. Po to tylko, by wykonać jakiś kompletnie bezsensowny kwadracik objazdu czy cholera wie czego jeszcze. Hołowczyc w Auto-mapie pierniczy jak potłuczony kierując was w niepotrzebne „zboczenie” z trasy, reszta nie lepsza. Atlas samochodowy? Owszem mam kilka takich. Wszystkie przeterminowane i nieaktualne. Pokazują świat, którego już nie ma. Czy dlatego, że mamy na siłę przyzwyczajać się do „nowego”? Jakie wyjście? Ludzka pamięć. Starzeję się, a masa informacji rozsadza już mózg, bo nie da się tego „narządu” tak łatwo zresetować, jak smartfona. Ile ci apostołowie nowoczesności zmarnowali już pieniędzy, ludzkiego wysiłku w dezorientowaniu reszty świata, niepotrzebnie wylanego asfaltu i tak dalej?

O elemencie podobno cygańskim, czyli włóczęgowskim – lubię oglądać w sieci logi podróżnicze. Królują w nich posiadacze camper-vanów, w wielu przypadkach budowanych samodzielnie. Czyli przerabianych na przykład z dostawczaków. Zadziwia ilość przemyślnych rozwiązań, ogrom tytanicznej pracy włożonej w skonstruowanie takiego domu na kółkach, poświęconego im czasu. Pierwsza prawda: ci ludzie nigdzie nie pracują etatowo. Choć utrzymują, że praca może być też zdalna, albo wykonywana na miejscu, czyli w vanie albo rozłożonym obok namiocie. Może to i prawda, choć szczerze wątpię, by dało się na tym zarobić normalnie ponad STO TYSIĘCY ZŁOTYCH. A za mniej można marzyć o przeróbce Malucha na auto podróżnicze – co jest absurdem oczywistym. Druga prawda: kasa włożona w miejsce do spania, ogrzewanie, jakie takie utrzymanie stanu technicznego pojazdu w granicach akceptowalnej normy i pokrewne duperele WYKLUCZAJĄ zadbanie o dobry sprzęt nagraniowy. Jak nie obraz kiepskiej jakości, to dźwięk kompletnie do dupy. Zwłaszcza ten ostatni element. Coś gdzieś brzęczy, coś stanowi tło kiepsko skomponowanych kadrów. Ale na dłuższą metę słuchać tego bełkotu po prostu się nie da. Są wyjątki? Ależ oczywiście są! Norwegię oglądałem ostatnio dwa razy. Najwyżej cenię parę zwaną Lisami w Raju czy vlog Casha. To porządna, doskonale nagłośniona robota dorosłych ludzi dla innych dorosłych ludzi. A problemy wychowawcze czy raczej niezauważanie problemów wychowawczych Kiki Świat ( po francusku nazywało by to się Kiki LeMonde i oczywiście najlepiej nadawało dla paryskiej kurtyzany) po prostu mnie nie interesują. Może w ogóle nie lubię cudzych dzieci?...

M.Z.

niedziela 29 2021

O sensie i bezsensie


Tak,  piszę coraz rzadziej. Wiek metrykalny odzywa się w lipcu i sierpniu jakby głośniej. Przesypiałem pogodowe dzienne ekstremy, więc musiałem „wampirować” w nocy. Diagnoza samochodowa już postawiona, zupełnie nie była dla mnie pozytywna. Pozostały więc ostatnie robótki para-kosmetyczne. A to oznacza wieczne czekanie na kurierów, jedni nie mają hierarchii godzinowej, drudzy jak DPD prywatnym dostarczają paczki na koniec dnia, za pośpiech  żądając dopłaty. Komu ją wnieść? Tajemnica mundialu. Ale to i tak sukinsyństwo, bo niby czym lepsze pieniądze korporacji z okolic od moich? A do korporacji, sto metrów ode mnie, wali się od ósmej. A gdy znikną wam prywatni odbiorcy, niemieckie głąby? Dobra, wiem, podniesiecie ceny. Szlag z wami…

W sieci dalsze omawianie do jakiego momentu wolno jednemu człowiekowi oszukiwać drugiego. Znów rzecz o samochodach. We vlogu Jarpena, sympatycznego i takiego „wprost” człowieka rozmowa zainicjowana przez komentatorów o tym, jakim to jakoby głąbem okazał się kupując BMW z silnikiem zużywającym mniej więcej tyle oleju na 100 kilometrów, co stary Trabant. Ale dla  mnie to asumpt do zupełnie innych rozważań, właściwie już zasygnalizowanych w poprzednim felietonie: nie ma co bać się najazdu Hunów, załatwią nas nasi rodacy. Oszustwa motoryzacyjne trwają oczywiście nie od dzisiaj. Kiedyś na takiej giełdzie samochodowej stosunkowo łatwo było je rozpoznać. Po wyglądzie sprzedającego, po jego opowieściach, minach i niekompletnych dokumentach. Chciałeś wskakiwać do jeziora z siarkowym kwasem – wskakiwałeś. I nie miałeś potem do nikogo pretensji. Dzisiaj wita cię w sieciowym inseracie rzekomy przedstawiciel „grupy kapitałowej”, opowiada banialuki bardzo zgrabnie wpisane w epokę rzekomej zarazy, prezentuje auto, którego bez dedykowanego dla marki komputera sprawdzić się po prostu nie da, inkasuje pieniądze – i znika. Jak potem udowodnisz, że to nie  ty wyrżnąłeś katalizator? Przegląd techniczny polski i niemiecki jest jak najprawdziwszy, piłowanie drogiej części zaczęto przecież nie przed nim, ale po nim. Choć rzecz jasna przed sprzedażą.

Inny spokojnie słucha co masz do powiedzenia na temat ostatniej motoryzacyjnej przygody. Opowiada o swoich. Na umówione miejsce spotkania nie przyjeżdża oferowanym autem. Może chce olśnić klienta i wali pojazdem dwie klasy wyższym, a na pewno osiem razy droższym? No tak, zbiornik paliwa sprzedawanego auta prawie pusty, do stacji benzynowej ze sto metrów, kupujący zajmie się tankowaniem, więc nie zwróci uwagi na niedoskonałości przedmiotu sprzedaży. O, to jest właśnie nowa metoda na tym rynku: odwrócić uwagę kupca! Wszystko jedno czym. Małe wgniotki karoserii kryją poważniejsze usterki silnika. Niewyważone opony - brak ustawienia zbieżności. A paczka pokrowców na fotele w bagażniku istotną wadę cewek zapłonowych. Po kilku kilometrach będzie jazda na trzech cylindrach, zużycie paliwa skoczy w górę o jakieś pięćdziesiąt procent… Panie, to ma hamulce jak brzytwy! Nieprawda. Ale i tak ważniejsze okazuje się to, że płyn wycieka z hamulcowych przewodów elastycznych. Faktury napraw zbierane przez poprzedniego właściciela: warto było zawracać sobie głowę archiwizowaniem dokumentów mówiących o wymianie oleju? Bo o rozrządzie ani słowa, ani papierka… I wisienka na torcie, czyli brak katalizatora. Ale przecież przeszedł przegląd! Dobrze, kolego, dzisiaj nawet przedszkolaki wiedzą jak i za ile to się robi. I to, że w dokumentacji wszystko się zgadza, a komputerowe zapisy to rzecz do „poprawienia”, potem po modyfikacjach doskonałe alibi. Będziesz miał nabywco dużo szczęścia jeśli dojedziesz do domu…

Ja dojechałem. Ale nie dlatego, że auto okazało się niezawodne. Raczej z tej przyczyny, że znałem model i markę, wiedziałem jak obejść usterki, czy łagodnie traktować „kalekę”. Nie, nie obyło się bez ofiar, będą wychodzić jeszcze przez czas jakiś, techniki nie da się oszukać tak łatwo. Dzisiaj czekam na wpłynięcie pieniędzy z wynegocjowanego zwrotu części kosztów. Czekam – bo bankowi nigdzie się nie spieszy i kasa będzie o dziesiątej, albo siedemnastej, aż zaksięgują wpływy. Gdy będzie – sprawcy zamieszania nigdy nie dowiedzą się co im groziło. Nie w sensie procesu sądowego czy fizycznej przemocy. W sensie administracyjnego zawiadamiania odpowiednich instytucji o czynnościach powodujących utratę zaufania do płatnika podatków, czy szefowej firemki sprzedającej ubezpieczenia, ale formalnie potwierdzającej nieprawdę. No: pieniądze właśnie doszły!

Jest więc sens mówienia o tym wszystkim - czy nie ma? A jednak o dolegliwościach i kłopotach dnia powszedniego mówić należy. Bezsens taki, że gdy się potem człek przyjrzy temu wszystkiemu to wychodzi, że jest bezdusznym malkontentem i marudą. Ale milczenie nie załatwia sprawy. Od kilku miesięcy korzystając ze skradzionej mojej prywatnej tożsamości banda złodziei namawia mnie bym wpłacił na ich konto „depozyt” 250 dolarów – bo zaraz potem zarobię jak twierdzą parę tysięcy zielonych. Podobno mój awatar już zarobił… W tym czasie na moją pocztę, łatwo zdobyć podobny adres choćby z jakiegoś portalu zakupowego, otrzymałem już ponad dwie setki maili. Do czego mnie namawiacie chłopaki i dziewczynki? Do przystąpienia do bandy złodziei i wydrwigroszy? Przecież wiecie doskonale, że nie zarobiłem żadnych pieniędzy na nie istniejącym obrocie bitcoinami (bo tym gównem nie obracam), że nie jestem łasy na cudze i że doskonale orientuję się, iż uleganie szantażystom nigdy nie kończy się dobrze. Przeciwnie - otwiera potężną pokusę do mnożenia kolejnych żądań. Co wam powiedzieć? Dyplomatycznie, zgodnie z jakąś nowomową czy szczerze? Wprost: pierdolcie się sami!

M.Z.

piątek 06 2021

Pustka - czy da się z nią uporać?


Natura nie znosi próżni… Nasze małe ekraniki zalewa potop diagnoz i wskazań jak ludziom zrobić dobrze i jak zagospodarować tę przestrzeń, która po upadku starych portali sieciowych stale się ujawnia. Legiony świętych i naiwnych, niedowiarków, krytykantów, specjalistów inżynierii społecznej (a broń nas Panie Boże przed tą hałastrą!) – wszystko to działa, gada na wyprzódki i przepisuje darmowe recepty na szczęśliwość wiekuistą.  

 

Wszystkich przebił jednak pewien dureń, który gdzieś tam, już nie pamiętam gdzie, publicznie ogłosił, że póki nie wyzdychają wszyscy urodzeni w PRL-u – to „mądrzy” szansy nie mają. Ale ty, dzieciaku disco-polo nie miałeś jej ani wtedy – ani dzisiaj czy jutro. To sam się zabijesz?

 

Przy okazji: ci PRL-owcy z urodzenia to faktycznie niezła banda! Oportuniści, pieczeniarze, zdrajcy i anty-patrioci… No bo przecież gdyby było inaczej to zastrzelili by Gomułkę, nie uwierzyli Gierkowi i wysłali z powrotem do Moskwy Jaruzelskiego. A nie zrobili tego. Ba, oni nawet usiłowali jakoś tam przeżyć w tych ciemnych czasach. Zapisywali się do spółdzielni mieszkaniowych i czekali na swoje M-ileś. Cieszyli się jak dzieci z kupna wyrobu motoryzacyjnego czekoladopodobnego Fiat 126, słuchali Skaldów i Czerwonych Gitar, ba, nawet szczypali socjalistyczne koleżanki i próbowali następnie rozmnażać się! Istne horrendum, prawda? Ale czyż Najmilszy Durniu istniał byś dzisiaj i wypowiadał swe głębokie przemyślenia bez tego wszystkiego?

 

Niektórzy powiadają, że nie mogą brukać wspomnień własnej młodości, więc w owym peerelu doszukują się wyłącznie miłych rzeczy i zdarzeń. Ja tę młodość tam właśnie mam ulokowaną, wspomnień nie da się przecież przenieść ani za granicę, ani w inny czas. Kiedy jednak rozmarzę się ponad stan z ciemności obok wychodzi jedna z typowych dla epoki postaci - na przykład tłusta zalotnica ze sklepu mięsnego – i już jestem gotów pisać podanie do Pana Boga o przyznanie mi tytułu kombatanta. Z powodu niezliczonych cierpień natury moralnej i egzystencjalnej. A także – tu ukłon w stronę zalotnicy – doznań estetycznych, które wyłącznie za sprawą niezwykle silnej woli nie uczyniły ze mnie impotenta lub zboczeńca. Bo czynić karesy takiej damie to nawet coś więcej, jak zboczenie. To po prostu zbrodnia! Zaś za czynienie z nią jakichkolwiek manewrów prokreacyjnych sprawców winno się publicznie łamać kołem...

 

Ale jest jeszcze coś, o czym chciałem tu opowiedzieć. Coś trudno opisywalnego wprost. Posłużę się zatem przykładem. Wiele lat temu miałem pojechać zimą do Zakopanego po żonę i córkę, które właśnie zakończyły dwutygodniowy pobyt w domu wypoczynkowym. Maluchem – o ile kto wie co to była za maszyneria. A jak donosiły prognozy powody – włąśnie szła na południe Polski silna śnieżna nawałnica.

 

Pojechać w podróż 400 kilometrów to nie było wtedy takie hop-hop. Należało pożyczyć od sąsiada z piętra wyżej dwie mniej łyse opony do Fiata 126. Od tego z trzeciej klatki pasek klinowy, miał kilka od pralki Frani, świetnie się nadawały. Akumulator przywiózł szwagier, złamany fotel wzmocniłem starym paskiem od spodni. I w drogę!

 

Wyjazd około północy. Gdzieś tak około piątej nad ranem gimnastyczne wyczyny na nie rozkładanym foteliku zmęczyły mnie na tyle, że zjechałem z gierkówki gdzieś, gdzie było jasno i cicho. W pobliże ogrodzonego i sowicie oświetlonego kompleksu magazynów. Posiedzę sobie trochę, odpocznę – i jedziemy dalej. Silnik kaszlnął i zatrzymał się, powoli otworzyłem skrzypiące drzwi. Wokół zupełna cisza, buczał pobliski słup oświetleniowy i skrzypiał śnieg, jakby na mróz. Po kilku sekundach wszystkie te dźwięki stały się niesłyszalnym tłem, niczym. Nic nie jechało po pobliskiej drodze, nic nie leciało, nie szczekało i nie piszczało. Było absolutnie pusto. Cisza, o której powiada się, że można ja pokroić w kawałki…

 

Dla mnie ten cały cholerny peerel bywa taką właśnie pustką. Albo lepiej: maszyną do wytwarzania pustki. Ktoś oszukiwał, kradł, puszył się, bogacił na zielonych wędlinach, uprawiał dla korzyści aprowizacyjnych seks z paskudnymi ekspedientkami, kupował im deficytowe rajstopy – ale to właśnie była ta pustka. Taka jak w kuchni przy lodówce – chwila, w której silnik już nie działa, ale w przewodach coś się porusza. Ni to buczy, ni to syczy… Pustka w krystalicznie czystej formie. Niestety wtedy żyłem realnie. Nie jako winny pustki - ale jako w niej przemocą zanurzony.

 

Dzisiaj mogę wrócić przed klawiaturę. Wtedy nie było wyjścia. Nie było klawiatur – ale nie było też tylu durniów wymienionych na wstępie.

 

M.Z.

 

czwartek 29 2021

Mali bogowie


 

Opiszę najpierw sytuację. Pewna dama leci do Polski z przesiadką. W sumie dwa samoloty, dwie odprawy lotniskowe w dobie rzekomej zarazy. Na miejscu, już w Warszawie, przesiadka do autobusu i trzy godziny podróży do punktu docelowego.. Przed odjazdem autobusu piętnaście minut czasu wolnego. No to wypada wezwać warszawską siostrę na spotkanie. Na lotnisku – bo gdzie by indziej? I siostra jedzie…

Czy nie lubię ludzi? Nie. Nie lubię głupich planów, nie znoszę takiego kreowania rzeczywistości, które nie uwzględnia jakiejkolwiek pomyłki czasowej. Przede wszystkim zaś nie  lubię wtłaczania bliźnich w scenariusz  pospieszności i bylejakości. Mali bogowie zdecydowali… Chciałoby się powiedzieć wprost – a pocałujcie wy się w tę swoją boską dupę! Czy było inne rozwiązanie? Było sto innych rozwiązań. Ale stare nawyki zwyciężyły po raz kolejny.

Czy ktoś, kto pisze kiepskie wiersze, ale wydaje to w postaci książek zatytułowanych „Mój poetycki dorobek”, kto usiłuje zadziwić zgromadzonych na kameralnym spotkaniu grą na gitarze, a grać nie umie ni w ząb, kto źle rysuje i ma mocno zakłócone poczucie humoru – powinien spotkać się z jasno wyrażoną opinią o tych swoich wysiłkach? Powinien. Czy autorka podróżniczych scenariuszy wyciągniętych spod przepoconej pachy winna dowiedzieć się, że jest głupią pipą, a nie boginią starowności i planistyki? Odpowiedzcie sobie sami. Ja mówię to głośno i wprost. Pewnie dlatego przybito mi na czole tabliczkę „Nienawistnik”. W porządku, przeżyję. Nawet jeśli ceną jest pustka wokół.

M.Z.

Fot. warszawa.mojemiasto.pl