Perturbacje administracyjno-samochodowe…
Pewnie mało to kogo obchodzi. Słusznie. Wkurza się właściciel, a to nie ma
większego znaczenia dla reszty świata. Co innego urzędnicy w wydziałach
komunikacji. Jak traktują ludzi? Pozornie normalnie. W istocie jak nadzorcy w jakimś
obozie pracy. Jeśli cokolwiek im się nie zgadza, bez znaczenia, że to tylko
taka ich imaginacja – zostajesz skierowany bratku po raz kolejny do kolejki. Co
zrobisz by naprawić rzekomą niedoskonałość jakiegoś wpisu to już twoja sprawa.
W najgorszym wypadku wrzucisz auto do Wisły i zawiadomisz policję.
Ubezpieczyciela też, choć tu odszkodowanie ci się z polisy OC nie należy. Ale
jeśli nie zawiadomisz – kara pewna! Wydział komunikacji, wszak tablice
rejestracyjne to ich własność, nie twoja. Spóźnisz się? Kara finansowa. Nie,
nie chce już mi się o tym pisać. Państwo tak dawno stało się opresyjne, że
właściwie nikt już nie pamięta kiedy. Syndrom powoli gotowanej żaby. Ugotowali
nas bo nie wyskoczyliśmy z gara w porę. Dla jakiegoś wyimaginowanego dobra daliśmy
się zgłupić, omamić, otumanić. Prawdziwym przekręciarzom w umowach i
dokumentach wszystko się zgadza. Reszta może iść do diabła. To trochę jak z
gangsterami na pełen etat. W dupie mają
pozwolenie na broń. Wsadzają spluwy do kieszeni i niech się reszta
martwi.
Od ponad 35 lat jeździłem z
Warszawy do Ostrowca Świętokrzyskiego. Droga była w miarę prosta. Teraz „uprościli”
ją tak, że można cholery dostać. Ale co ciekawsze dokładnie wszystkie wgrane w
kilka telefonów aplikacje nawigacyjne każą wam w pewnej chwili zjechać ze
szlaku. Po to tylko, by wykonać jakiś kompletnie bezsensowny kwadracik objazdu
czy cholera wie czego jeszcze. Hołowczyc w Auto-mapie pierniczy jak potłuczony
kierując was w niepotrzebne „zboczenie” z trasy, reszta nie lepsza. Atlas
samochodowy? Owszem mam kilka takich. Wszystkie przeterminowane i nieaktualne.
Pokazują świat, którego już nie ma. Czy dlatego, że mamy na siłę przyzwyczajać
się do „nowego”? Jakie wyjście? Ludzka pamięć. Starzeję się, a masa informacji
rozsadza już mózg, bo nie da się tego „narządu” tak łatwo zresetować, jak smartfona.
Ile ci apostołowie nowoczesności zmarnowali już pieniędzy, ludzkiego wysiłku w
dezorientowaniu reszty świata, niepotrzebnie wylanego asfaltu i tak dalej?
O elemencie podobno
cygańskim, czyli włóczęgowskim – lubię oglądać w sieci logi podróżnicze.
Królują w nich posiadacze camper-vanów, w wielu przypadkach budowanych
samodzielnie. Czyli przerabianych na przykład z dostawczaków. Zadziwia ilość
przemyślnych rozwiązań, ogrom tytanicznej pracy włożonej w skonstruowanie
takiego domu na kółkach, poświęconego im czasu. Pierwsza prawda: ci ludzie
nigdzie nie pracują etatowo. Choć utrzymują, że praca może być też zdalna, albo
wykonywana na miejscu, czyli w vanie albo rozłożonym obok namiocie. Może to i
prawda, choć szczerze wątpię, by dało się na tym zarobić normalnie ponad STO
TYSIĘCY ZŁOTYCH. A za mniej można marzyć o przeróbce Malucha na auto
podróżnicze – co jest absurdem oczywistym. Druga prawda: kasa włożona w miejsce
do spania, ogrzewanie, jakie takie utrzymanie stanu technicznego pojazdu w
granicach akceptowalnej normy i pokrewne duperele WYKLUCZAJĄ zadbanie o dobry
sprzęt nagraniowy. Jak nie obraz kiepskiej jakości, to dźwięk kompletnie do
dupy. Zwłaszcza ten ostatni element. Coś gdzieś brzęczy, coś stanowi tło
kiepsko skomponowanych kadrów. Ale na dłuższą metę słuchać tego bełkotu po
prostu się nie da. Są wyjątki? Ależ oczywiście są! Norwegię oglądałem ostatnio
dwa razy. Najwyżej cenię parę zwaną Lisami w Raju czy vlog Casha. To porządna,
doskonale nagłośniona robota dorosłych ludzi dla innych dorosłych ludzi. A
problemy wychowawcze czy raczej niezauważanie problemów wychowawczych Kiki
Świat ( po francusku nazywało by to się Kiki LeMonde i oczywiście najlepiej nadawało
dla paryskiej kurtyzany) po prostu mnie nie interesują. Może w ogóle nie lubię
cudzych dzieci?...
M.Z.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz