wtorek 15 2022

Władcy. Czy much?



Właściwie to rzecz o realiach, które już obowiązują, ale z których jakby nie zdajemy sobie sprawy. Człowiek nie jest już własnością samego siebie.
Jest własnością nadrzędnych wobec niego instytucji. I przedstawicieli tych instytucji, wszystko jedno w jakiej randze czy usytuowaniu. Kto zacz? Dzisiaj lekarze. Ale opowiem po kolei…

Z bliżej nieznanych mi powodów choruję na serce. Podobno poważnie. W jednym tylko roku 2020 dwukrotnie straciłem przytomność na kilkanaście minut. Po prostu odjechałem, nie było mnie i nie wiem gdzie się wtedy znajdowałem. Za pierwszym razem wezwane pogotowie ratunkowe przyjechało w chwili, w której byłem już przytomny i właściwie całkowicie świadomy tego gdzie się znajduję i jak się czuję. Spokojnie i bez paniki działała moja żona, pierwsze działania przywracające mnie do życia to jej dzieło. Podłączono mnie do aparatu EKG, to oczywiście robili ratownicy medyczni. Wynik przesłali radiowo do kardiologa. Ten nie wysilając się szczególnie także radiowo odpowiedział, że powiększona lewa komora serca, wydłużona aorta i coś tam jeszcze, nie znam tych skrótów. Zarządzono transport do szpitala dodając przy okazji, że skoro panuje epidemia to nie ma mowy o odwiedzinach, a kiedy wyjdę, to co mi jest i jakie mam brać lekarstwa zdecydują mądrzejsi. Oczywiście odmówiłem. I wtedy zażądano ode mnie podpisania stosownego dokumentu. Że nie chcę, że odmawiam itd.

Drugi raz przytomność straciłem nie w domu, ale w piwnicy. Zanosiłem koła zimowe samochodu po wymianie, coś poszło nie tak, kilkanaście minut spędziłem przytulony do stosiku stalowych felg. Oprzytomniałem, porozumiałem się telefonicznie z żoną, zaprowadziła mnie do domu. Żadne pogotowie nie było już wzywane. Tym razem niczego na piśmie nie musiałam sam sobie stwierdzać.

14.02.2022, zamówiona wizyta u lekarza rodzinnego, bezpośrednio przed nią mam zjawić się na badaniu EKG. Młody pan doktor klepie oczywiście coś na komputerze, dzisiejsze wizyty od tego się zaczynają. Jego zdaniem wynik EKG jest skrajnie zły, pada pytanie czy przechodziłem zawał serca. Oficjalnie to nikt go u mnie nie stwierdził, więc skąd mam do cholery wiedzieć. Mówię to tylko o czym  wiem i co wyżej nazwałem. Pada zlecenie wykonania kolejnego badania krwi, tym razem rzecz nie refinansowana z NFZ-u. Dlaczego pełna morfologia jest bezpłatna, a badanie krwi z palca płatne – nie mam pojęcia. Skierowanie do kardiologa. Ale gdzie taki i kiedy może mnie przyjąć – pan doktor nie wie, to już moja sprawa i muszę postarać się sam. Albo zapłacić, kardiolog urzęduje w sąsiednim pokoju. Sugeruje natomiast, że chciałby wezwać karetkę, która odwiezie mnie do „jakiegoś szpitala”. Po co? Czuję się dobrze, nie mam żadnych bólów w klatce piersiowej, przyjechałem na badania autem i zamierzam odstawić je do garażu, a nie zostawiać łasce bożej i stróżów parkingu Lux-Medu. Dlaczego bez osoby towarzyszącej? Bo tego zażądała panienka z rejestracji. Ważna maseczka – ale dla chorego towarzystwo już zbędne. Zaczynam się denerwować. Pytam czemu ma służyć ta propozycja, skąd pomysł szpitala i dlaczego lekarz tam właśnie mnie wysyła. Pada odpowiedź, że dla przeprowadzenia kompleksowych badań, lekarz chciałby wiedzieć coś tam o przyczynach choroby i ewentualnie zarządzić dalsze postępowanie. I znów – po pierwsze nie zgadzam się na  żaden szpital. Co ma mi niby grozić bez tego „przybytku”? Słyszę stanowcze „nagły zgon”. Nie jestem histerykiem - ale i tak zapada grobowa nomen omen cisza. Oczywiście znów muszę podpisać brak zgody na „uszpitalnienie”. Podpisuję. Młodzian w białym kitlu po drugiej stronie biurka bardzo szybko orientuje się, że narasta we mnie bunt, pytam o zarządzone przezeń leczenie. Trzy dodatkowe medykamenty prócz już zaordynowanych dwa tygodnie wcześniej, jeden nadciśnieniowy na receptę, dwa pozostałe to właściwie tzw. suplementy diety. Do widzenia, koniec wizyty.

Refleksje i wnioski? Być może istotnie moje serce odmawia posłuszeństwa, krótko mówiąc właśnie umieram, choć jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy. Lekarz po odebraniu braku zgody na przewiezienie do szpitala wyraźnie rozluźnia się. Ale nadal nie jest skłonny do żadnego międzyludzkiego dialogu. Co robić, jak działać, chodzić, jak samego siebie traktować? Mniej soli, dużo płynów, rzucić palenie, ple, ple, ple, pierdu, pierdu... Jakieś tam dodatkowe osłuchanie stetoskopem, zmierzone ciśnienie krwi, wynik doktorkowi nie podoba się, choć mnie i tak dziwi, że po solidnym wkurwieniu się jest tak niski. Zapalam na parkingu papierosa, wracam do domu.

Czy szpitale polskie za zgon w ich salach pacjenta biorą jakieś dodatkowe pieniądze? Co oznacza dla lekarza stwierdzenie „kierujemy pana tam, bo my chcemy wiedzieć”? Czy ci panowie nie dostrzegają żadnej różnicy pomiędzy doświadczeniem na żabie, a terapią dorosłego, po ludzku niezależnego pacjenta? Wiedzą cokolwiek o wolnej woli chorego? Czy kierując go do placówki szpitalnej czują się zwolnieni od jakiejkolwiek odpowiedzialności za wskazaną terapię, może własne niedoświadczenie czy popełnione błędy? A może powstrzymują się przed jakąś skuteczną terapią, bo po pierwsze jej nie znają, po drugie przepisując niewłaściwą ponosili by za to odpowiedzialność?

No tak, nie mam zaufania do polskiej "służby zdrowia". Nie mam zaufania do lekarzy czy ratowników dbających wyłącznie, albo przede wszystkim o to, by nie polec na jakimś zapomnianym manewrze broniącym ich osobiste dupska. Mimo tego, że jestem już na  emeryturze nie mam czasu i ochoty na spędzaniu kolejnych dni na kolejnych badaniach. Być może podnoszą one stan wiedzy medycznej ludzi przepisujących recepty na wyższy poziom - ale jako żywo mam to w dupie, bo nie jestem żabą laboratoryjną. Przypuszczam zresztą, że nawet owej żabie nie jest wszystko jedno czy po medycznych doświadczeniach będzie żyła, czy nie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że pewnie ta cała moja furia wynika z tego, że boję się strzykawek i widoku krwi. Nic bardziej mylnego - nie boję się igły, żyły mam jak postronki i niejedna początkująca pielęgniarka mogła by na mnie ćwiczyć pobierania zabarwionych na czerwono próbek. Wkurwia mnie natomiast (to właściwe słowo!) ta sztucznie wyćwiczona lekarska powaga, która kryje niewiedzę, może złą wolę albo tylko indolencję. Ile trzeba mieć w sobie bezczelności, by skonstatować, że serce jest do bani, ale nie wiadomo dlaczego, skąd, jak to leczyć albo i nie leczyć - bo resztę i tak powie (na pewno powie?) kolega kardiolog? Mój pan doktor wydawał się być zdziwiony na dictum, że wolę zdechnąć w domu, niż w "uspołecznionej placówce zdrowotnej". A co w tym takiego dziwnego, że ludzie wolą umierać pośród bliskich, a nie obcych kombinujących co by tu odchodzący na drugą stronę lustra mógł jeszcze podpisać, aby doktorka nigdy nikt o nic nie oskarżył.?

Tak, postarzałem się i zmierzam do naturalnego rozwiązania tego problemu. Obok siedzi mój czarny kot, identyczna sytuacja. W przeliczeniu z kociego na  ludzkie ma tyle samo lat. Tyle że on ma lekarza z prawdziwego zdarzenia. Lepszy kontakt z pacjentem, lepsze diagnozy i recepty, leki, sprzęt, wszystko. Wątpię by chciał zająć się i mną. A szkoda...

M.Z. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz