Właściwie
to rzecz o realiach, które już obowiązują, ale z których jakby nie zdajemy
sobie sprawy. Człowiek nie jest już własnością samego siebie.
Jest własnością nadrzędnych wobec niego instytucji. I przedstawicieli tych
instytucji, wszystko jedno w jakiej randze czy usytuowaniu. Kto zacz? Dzisiaj
lekarze. Ale opowiem po kolei…
Z bliżej nieznanych mi powodów choruję na serce. Podobno
poważnie. W jednym tylko roku 2020 dwukrotnie straciłem przytomność na
kilkanaście minut. Po prostu odjechałem, nie było mnie i nie wiem gdzie się
wtedy znajdowałem. Za pierwszym razem wezwane pogotowie ratunkowe przyjechało w
chwili, w której byłem już przytomny i właściwie całkowicie świadomy tego gdzie
się znajduję i jak się czuję. Spokojnie i bez paniki działała moja żona, pierwsze działania przywracające mnie do życia to jej dzieło. Podłączono mnie do aparatu EKG, to oczywiście
robili ratownicy medyczni. Wynik przesłali radiowo do kardiologa. Ten nie
wysilając się szczególnie także radiowo odpowiedział, że powiększona lewa
komora serca, wydłużona aorta i coś tam jeszcze, nie znam tych skrótów.
Zarządzono transport do szpitala dodając przy okazji, że skoro panuje epidemia
to nie ma mowy o odwiedzinach, a kiedy wyjdę, to co mi jest i jakie mam brać
lekarstwa zdecydują mądrzejsi. Oczywiście odmówiłem. I wtedy zażądano ode mnie
podpisania stosownego dokumentu. Że nie chcę, że odmawiam itd.
Drugi raz przytomność straciłem nie w domu, ale w
piwnicy. Zanosiłem koła zimowe samochodu po wymianie, coś poszło nie tak,
kilkanaście minut spędziłem przytulony do stosiku stalowych felg.
Oprzytomniałem, porozumiałem się telefonicznie z żoną, zaprowadziła mnie do
domu. Żadne pogotowie nie było już wzywane. Tym razem niczego na piśmie nie
musiałam sam sobie stwierdzać.
14.02.2022, zamówiona wizyta u lekarza rodzinnego,
bezpośrednio przed nią mam zjawić się na badaniu EKG. Młody pan doktor klepie
oczywiście coś na komputerze, dzisiejsze wizyty od tego się zaczynają. Jego
zdaniem wynik EKG jest skrajnie zły, pada pytanie czy przechodziłem zawał serca. Oficjalnie to nikt go u mnie nie stwierdził, więc skąd mam do cholery wiedzieć. Mówię to tylko o czym wiem i co wyżej
nazwałem. Pada zlecenie wykonania kolejnego badania krwi, tym razem rzecz nie
refinansowana z NFZ-u. Dlaczego pełna morfologia jest bezpłatna, a badanie krwi
z palca płatne – nie mam pojęcia. Skierowanie do kardiologa. Ale gdzie taki i
kiedy może mnie przyjąć – pan doktor nie wie, to już moja sprawa i muszę
postarać się sam. Albo zapłacić, kardiolog urzęduje w sąsiednim pokoju. Sugeruje
natomiast, że chciałby wezwać karetkę, która odwiezie mnie do „jakiegoś
szpitala”. Po co? Czuję się dobrze, nie mam żadnych bólów w klatce piersiowej,
przyjechałem na badania autem i zamierzam odstawić je do garażu, a nie
zostawiać łasce bożej i stróżów parkingu Lux-Medu. Dlaczego bez osoby
towarzyszącej? Bo tego zażądała panienka z rejestracji. Ważna maseczka – ale
dla chorego towarzystwo już zbędne. Zaczynam się denerwować. Pytam czemu ma
służyć ta propozycja, skąd pomysł szpitala i dlaczego lekarz tam właśnie mnie
wysyła. Pada odpowiedź, że dla przeprowadzenia kompleksowych badań, lekarz
chciałby wiedzieć coś tam o przyczynach choroby i ewentualnie zarządzić dalsze
postępowanie. I znów – po pierwsze nie zgadzam się na żaden szpital. Co ma mi niby grozić bez tego
„przybytku”? Słyszę stanowcze „nagły zgon”. Nie jestem histerykiem - ale i tak zapada
grobowa nomen omen cisza. Oczywiście znów muszę podpisać brak zgody na
„uszpitalnienie”. Podpisuję. Młodzian w białym kitlu po drugiej stronie biurka
bardzo szybko orientuje się, że narasta we mnie bunt, pytam o zarządzone
przezeń leczenie. Trzy dodatkowe medykamenty prócz już zaordynowanych dwa
tygodnie wcześniej, jeden nadciśnieniowy na receptę, dwa pozostałe to właściwie
tzw. suplementy diety. Do widzenia, koniec wizyty.
Refleksje i wnioski? Być może istotnie moje serce odmawia
posłuszeństwa, krótko mówiąc właśnie umieram, choć jeszcze nie zdaję sobie z
tego sprawy. Lekarz po odebraniu braku zgody na przewiezienie do szpitala
wyraźnie rozluźnia się. Ale nadal nie jest skłonny do żadnego międzyludzkiego
dialogu. Co robić, jak działać, chodzić, jak samego siebie traktować? Mniej soli, dużo płynów, rzucić palenie, ple, ple, ple, pierdu, pierdu... Jakieś
tam dodatkowe osłuchanie stetoskopem, zmierzone ciśnienie krwi, wynik
doktorkowi nie podoba się, choć mnie i
tak dziwi, że po solidnym wkurwieniu się jest tak niski. Zapalam na parkingu
papierosa, wracam do domu.
Czy szpitale polskie za zgon w ich salach pacjenta biorą
jakieś dodatkowe pieniądze? Co oznacza dla lekarza stwierdzenie „kierujemy pana
tam, bo my chcemy wiedzieć”? Czy ci panowie nie dostrzegają żadnej różnicy
pomiędzy doświadczeniem na żabie, a terapią dorosłego, po ludzku niezależnego
pacjenta? Wiedzą cokolwiek o wolnej woli chorego? Czy kierując go do placówki
szpitalnej czują się zwolnieni od jakiejkolwiek odpowiedzialności za wskazaną
terapię, może własne niedoświadczenie czy popełnione błędy? A może powstrzymują
się przed jakąś skuteczną terapią, bo po pierwsze jej nie znają, po
drugie przepisując niewłaściwą ponosili by za to odpowiedzialność?
No tak, nie mam zaufania do polskiej "służby zdrowia". Nie mam zaufania do lekarzy czy ratowników dbających wyłącznie, albo przede wszystkim o to, by nie polec na jakimś zapomnianym manewrze broniącym ich osobiste dupska. Mimo tego, że jestem już na emeryturze nie mam czasu i ochoty na spędzaniu kolejnych dni na kolejnych badaniach. Być może podnoszą one stan wiedzy medycznej ludzi przepisujących recepty na wyższy poziom - ale jako żywo mam to w dupie, bo nie jestem żabą laboratoryjną. Przypuszczam zresztą, że nawet owej żabie nie jest wszystko jedno czy po medycznych doświadczeniach będzie żyła, czy nie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że pewnie ta cała moja furia wynika z tego, że boję się strzykawek i widoku krwi. Nic bardziej mylnego - nie boję się igły, żyły mam jak postronki i niejedna początkująca pielęgniarka mogła by na mnie ćwiczyć pobierania zabarwionych na czerwono próbek. Wkurwia mnie natomiast (to właściwe słowo!) ta sztucznie wyćwiczona lekarska powaga, która kryje niewiedzę, może złą wolę albo tylko indolencję. Ile trzeba mieć w sobie bezczelności, by skonstatować, że serce jest do bani, ale nie wiadomo dlaczego, skąd, jak to leczyć albo i nie leczyć - bo resztę i tak powie (na pewno powie?) kolega kardiolog? Mój pan doktor wydawał się być zdziwiony na dictum, że wolę zdechnąć w domu, niż w "uspołecznionej placówce zdrowotnej". A co w tym takiego dziwnego, że ludzie wolą umierać pośród bliskich, a nie obcych kombinujących co by tu odchodzący na drugą stronę lustra mógł jeszcze podpisać, aby doktorka nigdy nikt o nic nie oskarżył.?
Tak, postarzałem się i zmierzam do naturalnego rozwiązania tego problemu. Obok siedzi mój czarny kot, identyczna sytuacja. W przeliczeniu z kociego na ludzkie ma tyle samo lat. Tyle że on ma lekarza z prawdziwego zdarzenia. Lepszy kontakt z pacjentem, lepsze diagnozy i recepty, leki, sprzęt, wszystko. Wątpię by chciał zająć się i mną. A szkoda...
M.Z.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz