Sto lat temu albo inaczej mówiąc w poprzedniej epoce obsługiwałem
z płaszczyzny tak zwanej „centrali” dość znany konkurs Mistrz Gospodarności.
Jak zorientowani twierdzili to była pewna forma nagradzania „jednych” i
odrzucania „innych”. I oczywiście bardziej ceremonialnego dystrybuowania rzeczy
i inwestycji, których wtedy w kraju brakowało: raczkującego sprzętu
elektronicznego typu komputery, eternitu, wodo- i gazo-ciągów i tak dalej. I
oczywiście kasy. Nie to, by dostawało się to zwycięzcom za darmo, co to to nie,
pracowali ile wlazło. Nie oni jedni – ale kto i co ma wziąć decydowali Władcy.
To inna bajka, obszerna i niekoniecznie na to miejsce. Bo tutaj chciałbym
powiedzieć jedno – nigdy problemów lokalnych, gmin i małych miasteczek, nie
byli w stanie ani kompletnie opisać, ani rozwiązać dziennikarze lokalni. Nie to
bym odbierał im kompetencje czy umiejętności, tych nie brakowało. To znaczy –
nie wszędzie, ale tak było. Chodziło bardziej o to, że lokalne jak się wtedy
mówiło publikatory prowadzili ludzie po uszy zanurzeni w miejscowym systemie
zależności. Tam mieszkali, stamtąd otrzymywali pensje, tam mieli komplety
swoich bliskich. I to w konflikcie z miejscową władzą była sieć nie do
rozerwania. Pal sześć, że zbyt dociekliwy mógł stracić pracę. Ale co z resztą
rodziny, skoro lokalna władza była w istocie jeśli nie jedynym płatnikiem, to
miała wpływ na wszystkich pozostałych płatników?. Bida, panie, czarna dziura i
zgrzytanie zębów…
Wyjście? Pogadać z kimś z innego miasta, najlepiej
określanego jako „centralne”. I opowiedzieć mu o kłopocie. Odmówili przyjazdu i
zbadania sprawy – trudno. Rzecz nigdy nie wychodziła poza rozmawiające strony. Kropka.
Ale jeśli już ktoś pofatygował się na przykład z Warszawy do Kłaja, Rucianego czy
Olecka (tu wymieniam przypadkowe miejsca), problemowi przyjrzał się dokładnie i
rzetelnie go opisał czy w jakiejkolwiek innej formie „sprawozdał” – pióra ze
sprawców leciały potężne.
Dlaczego o tym właśnie? Trzy lata spędziłem na Mazurach w
okolicach wspomnianego wyżej Olecka. Od czasu do czasu przyglądam się więc
losom znajomych i nieznajomych tam mieszkającym, odwiedzanym miejscom, informującym o życiu
mieszkańców portalom sieciowym. I oto jeden z nich porusza problem olewania prawnie
istniejącego podmiotu informacyjnego przez burmistrza Olecka. Gościa, który
uwielbia procesować się z własnymi obywatelami (nie chcę powiedzieć „poddanymi”)
na koszt budżetu miasteczka, ale lokalnemu portalowi oleckiemu NIE ZAMIERZA odpowiadać
na żadne pytania dotyczące tych procesów. Zwłaszcza na te ile owo pieniactwo
kosztuje podatników. Dlaczego używam pojęcia pieniactwo? Bo niejeden z
poprzednich procesów został sromotnie przegrany. Z tego co wiem ANI JEDEN
WYGRANY. Pod oleckim tekstem o tym mówiącym pewien komentator doradza
redaktorowi naczelnemu to co i ja tutaj mówię: proszę zwrócić się do kogoś „centralnego”,
kto nie jest od burmistrza zależny i kto sprawę opisze jak należy i ze
wszystkimi szczegółami. Także moim zdaniem właściwym adresem jest tygodnik
samorządowy „Wspólnota”. Bo centralny czyli warszawski, bo ogólnopolski, bo burmistrz Olecka ma do nie przynajmniej teoretycznie za krótkie rączki. Być może jest tam
ktoś, kto zajmuje się podobnymi sprawami. Jak ja przed wieloma laty…
M.Z.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz