Moje
dzieci pasjonują się sprawami, względem których mam co najmniej mieszane
uczucia. I tak na przykład nie uważam roweru za najdoskonalszy wytwór
inżynierii i fantazji. Reklamowe fotki przedstawiają na ogół
cyklistów jako sprawnych supermanów płci obojga, oczywiście wszędzie kaski,
chińskie stroje trzymające ciepło, uśmiechy na twarzach. Popatrzcie jaka piękna
– jaki piękny jestem! Kronika wypadków z udziałem rowerzystów ogranicza się
najczęściej do pokazywania pokaleczonych pojazdów, z którymi ci pierwsi się
spotkali. Jak wyglądał/wyglądała osoba nie wyposażona w żadne strefy zgniotu,
ze wszystkimi łamliwymi z natury elementami „zawieszenia” – zero informacji. Może
to i lepiej, to były by okrutne fotki. Prawda jest jednak taka, że cykliści już
po kilku kilometrach piękni nie są, po kilkuset wyglądają jak ostatnie łachudry.
Pierwsze zdjęcie pokazuje jednego z bohaterów bodaj Tour de France. Ot, „zajechany”
na śmierć kurdupel z miną kogoś, kto czym prędzej chciałby skończyć ten etap katorżniczej
pracy, wsiąść do autobusu i wrócić do domu. Nigdy nie odkryłem w sobie talentów
pedagogicznych – ale gdybym jednak odkrył to wywiesił bym tę fotkę w klasie
szkolnej z podpisem „Albo bierzecie się do nauki – albo skończycie jak ten gość”.
Czy wolno im robić co robią?
Pewnie że wolno! Czy ja mam prawo do wyrażania dezaprobaty wobec tych działań? A
spróbujcie mi je tylko odebrać…
M.Z.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz