piątek 09 2021

 

Niezależny golfista




To było wiele lat temu, nie pamiętam dokładnie dat, nigdy ich nie archiwizowałem, Błąd! Stąd dzisiaj moge powiedzieć tylko tyle: jest początek lat dwutysięcznych. Mniej więcej około roku 2004: u Młodszego już masa kłopotów. Chwilowo zagłaskana, powstaje projekt wyjazdu za granicę do jakiejś roboty. Jak, gdzie, za co? Podobno we dwóch, to redukcja kosztów, najlepiej własnym samochodem, mniej wyda się na komunikację w takiej na przykład Holandii. Projekt zgłoszony Staremu. Zaczyna się obmyślanie planu wyekwipowania Młodego. No i oczywiście jego kolegi. Chodzi o zakup auta. Ale nie tylko...

Seicento? Tani, można dostać nienajgorszy egzemplarz – ale w sumie za mały. I nie do podróży na dystansie ponad 1000 kilometrów. Honda. Toyota? Drogie jak cholera, w połowie zardzewiałe, bez dostępu do właściwych, to jest dobrych i tanich części zapasowych. Pozostaje klasyka gatunku: grupa VW. Na wzór auta domowego.

 Czas… Z jednej strony dla zakupów motoryzacyjnych dobry czas - zbliża się zima, świat coraz paskudniejszy. Wokół obiektów do sprzedaży zapewne nie gromadzą się tłumy. Ale i obejrzeć dokładnie pojazd też łatwo nie będzie. Stary stawia na dobrą rozmowę telefoniczną. Łowi rozmówcę, który rozmawia, nie brzdąka coś pod nosem kończąc sakramentalnym „Pan przyjedzie, pan se obejrzy sam”. Udaje się bodaj piątego dnia. Kontakt złapany, rozmowa owocna. Prawie trzysta kilometrów od domu. Golf „dwójka”, 1600 ccm, właściciel wyjaśnia dość gładko wszystkie zauważone przez niego niedoskonałości. Krótka decyzja: pociąg i jedziemy!

 Golf jak Golf w tym wieku. Blacha nienajgorsza, środek czysty, motor pracuje równo. Zwitek banknotów przechodzi z rąk do rąk. Pieniądze należą do Starego – ale to w tej chwili nie ma żadnego znaczenia. I na tym zresztą gładkość transakcji się kończy. Powrót w padającym i zamarzającym deszczu na letnich oponach jest jednym wielkim koszmarem. Pięć godzin mordęgi – dom. Następnego dnia do zaprzyjaźnionego warsztatu. Wymieniamy uszczelkę pod głowicą, rozrząd, oleje, filtry, klocki hamulcowe. Mechanik Krzysio jest dobrej myśli: „pojeździ jeszcze parę lat, do tej twojej Holandii to bez problemu…” Wymieniamy lusterka zewnętrzne, kompletne klamki drzwiowe z zamkami, zabezpieczamy progi. Opłacamy kończące się OC. To znaczy – fundator opłaca. Choć to nie jego Holandia… Jego jednak tak zwany „starter” – kolejna transza gotówki. Na start „tam”, dokładnie nie wiadomo gdzie...

 Już nie pamiętam jak doszło do przekazania pojazdu. Ale jak by to nie było – zagranica upadła szybciej, niż pijak na lodzie. Miało być wzamian polskie rozwożenie pizzy. Czy takie autka nadają się do pizzy? Stanowczo nie. Zmieniały się miesiące, Golf chorował coraz bardziej. No cóż, jak to się mówi „dostawał solidnie w pędzel”. Przeguby napędowe załatwione z powodu wypadających śrub mocujących półosie i flansze. Wtajemniczeni wiedzą w czym rzecz i jak to się kończy. Ale nowy właściciel musiał jechać – to jechał bez śrub Chyba zniszczył skrzynię biegów. Potem padł rozrusznik. Potem jeszcze coś i jeszcze coś. Nie wiem co się stało z pojazdem dalej. Może zamieniony został na Fiestę? Może zapomniany gdzieś w krzakach? Ile poszło kasy przeliczając na dzisiejsze cebuliony? W okolicach 7 tysięcy za wszystko. Bez „startera”. Detal, drobiazg. Fundator też jeździł tym modelem Golfa. Nie działo się z nim nic. Na wiosnę po stracie kolejnej pracy sprzedał go za 3.200. Samo życie, prawda?

 Kilkanaście lat później: „wszystkiego dorobiłem się sam!” Naprawdę? Z takimi dziurami w pamięci? Bajduły o polskiej drodze od pucybuta do milionera? „Żyjemy na luzie i to nam się sprawdza…” Najpierw tak w powietrze, do nikogo: nie łżyj baranie, bo obrażasz inteligencję pięciolatków! U podłoża podobnych „fartów” zawsze tkwi „zbrodnia założycielska”. A z niej nie fundator tamtego Golfa cię rozliczy, tylko ktoś zdecydowanie bardziej stanowczy. Pewnie już cię pilnuje.

 Kilkanaście lat później…  Pytanie podstawowe: „kto, co i komu jest winien?” Dług został.  Mógłby być honorowym z odroczoną datą spłaty. Czyli na dzisiaj nierozliczonym. Kilka innych długów też. Większych. Nierozliczonych. Wierzyciel chce zatem ubić interes po latach? Bzdura! Wierzyciel na początku nawet nie pisnął o długach. Wkurzył się jednym – arogancką, bezczelną emanacją hucpy, tupetu, kłamstwa i głupiej pewności siebie. Na zewnątrz, by reszta świata widziała i „zazdraszczała”… Co nagannego powiedział Stary? „Przystopuj, zawiść ludzka krąży wokół”. Odpowiedź do przewidzenia, ot, takie bałamutne bzdury o luzie, ciężkiej pracy i beztrosce. Tak, koniec kontaktów. Istota ludzka powinna tym się różnić od innych istot, że używa rozumu. Że ona sama nie jest ani pępkiem świata, ani jedynym twórcą praw uniwersalnych. Co oznacza życie na luzie? Nie posługiwanie się zasadami. Prócz tych, które bezmyślnemu stworzeniu przynoszą korzyść. Luz jest tu filozoficznym alibi. Dla bezmyślności właśnie. Dla niestosowania się do konwenansu. Luz…  Będzie fiesta, będą interesy i zabawa, potem pojawią się i pieniądze. Domy, sportowe auta, szaleni koledzy i… I nie wiem co jeszcze. Ale to i tak niebezpieczna zabawa. „Starzy” tylko w niej przeszkadzają. Więc w cholerę ze starymi!

 No i a  propos nierozliczonych długów. Wstały z grobu. Obudziła je, wskrzesiła cudza bezczelność. Warto było, Młodzi Bohaterowie?

 M.Z.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz