Niezależny golfista
To było wiele lat
temu, nie pamiętam dokładnie dat, nigdy ich nie archiwizowałem, Błąd! Stąd
dzisiaj moge powiedzieć tylko tyle: jest początek lat dwutysięcznych. Mniej więcej około roku 2004: u Młodszego już masa kłopotów. Chwilowo
zagłaskana, powstaje projekt wyjazdu za granicę do jakiejś roboty. Jak, gdzie,
za co? Podobno we dwóch, to redukcja kosztów, najlepiej własnym samochodem,
mniej wyda się na komunikację w takiej na przykład Holandii. Projekt zgłoszony
Staremu. Zaczyna się obmyślanie planu wyekwipowania Młodego. No i oczywiście
jego kolegi. Chodzi o zakup auta. Ale nie tylko...
Seicento? Tani, można dostać
nienajgorszy egzemplarz – ale w sumie za mały. I nie do podróży na dystansie
ponad 1000 kilometrów. Honda. Toyota? Drogie jak cholera, w połowie
zardzewiałe, bez dostępu do właściwych, to jest dobrych i tanich części zapasowych.
Pozostaje klasyka gatunku: grupa VW. Na wzór auta domowego.
Czas… Z jednej strony dla zakupów
motoryzacyjnych dobry czas - zbliża się zima, świat coraz paskudniejszy. Wokół
obiektów do sprzedaży zapewne nie gromadzą się tłumy. Ale i obejrzeć dokładnie pojazd też łatwo nie będzie. Stary stawia na
dobrą rozmowę telefoniczną. Łowi rozmówcę, który rozmawia, nie brzdąka coś pod
nosem kończąc sakramentalnym „Pan przyjedzie, pan se obejrzy sam”. Udaje się
bodaj piątego dnia. Kontakt złapany, rozmowa owocna. Prawie trzysta kilometrów
od domu. Golf „dwójka”, 1600 ccm, właściciel wyjaśnia dość gładko wszystkie
zauważone przez niego niedoskonałości. Krótka decyzja: pociąg i jedziemy!
Golf jak Golf w tym wieku. Blacha
nienajgorsza, środek czysty, motor pracuje równo. Zwitek banknotów przechodzi z
rąk do rąk. Pieniądze należą do Starego – ale to w
tej chwili nie ma żadnego znaczenia. I na tym zresztą gładkość transakcji się
kończy. Powrót w padającym i zamarzającym deszczu na letnich oponach jest
jednym wielkim koszmarem. Pięć godzin mordęgi – dom. Następnego dnia do
zaprzyjaźnionego warsztatu. Wymieniamy uszczelkę pod głowicą, rozrząd, oleje,
filtry, klocki hamulcowe. Mechanik Krzysio jest dobrej myśli: „pojeździ jeszcze
parę lat, do tej twojej Holandii to bez problemu…” Wymieniamy lusterka
zewnętrzne, kompletne klamki drzwiowe z zamkami, zabezpieczamy progi. Opłacamy
kończące się OC. To znaczy – fundator opłaca. Choć to nie jego Holandia… Jego
jednak tak zwany „starter” – kolejna transza gotówki. Na start „tam”, dokładnie
nie wiadomo gdzie...
Już nie pamiętam jak doszło do
przekazania pojazdu. Ale jak by to nie było – zagranica upadła szybciej, niż
pijak na lodzie. Miało być wzamian polskie
rozwożenie pizzy. Czy takie autka nadają się do pizzy? Stanowczo nie. Zmieniały
się miesiące, Golf chorował coraz bardziej. No cóż, jak to się mówi „dostawał
solidnie w pędzel”. Przeguby napędowe załatwione z powodu wypadających śrub
mocujących półosie i flansze. Wtajemniczeni wiedzą w czym rzecz i jak to się
kończy. Ale nowy właściciel musiał jechać – to jechał bez śrub Chyba zniszczył
skrzynię biegów. Potem padł rozrusznik. Potem jeszcze coś i jeszcze coś. Nie
wiem co się stało z pojazdem dalej. Może zamieniony został na Fiestę? Może
zapomniany gdzieś w krzakach? Ile poszło kasy przeliczając na dzisiejsze
cebuliony? W okolicach 7 tysięcy za wszystko. Bez „startera”. Detal,
drobiazg. Fundator też jeździł tym modelem Golfa. Nie działo się z nim nic. Na wiosnę
po stracie kolejnej pracy sprzedał go za 3.200. Samo życie, prawda?
Kilkanaście lat później: „wszystkiego
dorobiłem się sam!” Naprawdę? Z takimi dziurami w pamięci?
Bajduły o polskiej drodze od pucybuta do milionera? „Żyjemy na luzie i to nam
się sprawdza…” Najpierw tak w powietrze, do nikogo: nie łżyj baranie, bo
obrażasz inteligencję pięciolatków! U podłoża podobnych „fartów” zawsze tkwi
„zbrodnia założycielska”. A z niej nie fundator tamtego Golfa cię rozliczy,
tylko ktoś zdecydowanie bardziej stanowczy. Pewnie już cię pilnuje.
Kilkanaście lat później… Pytanie
podstawowe: „kto, co i komu jest winien?” Dług
został. Mógłby być honorowym z odroczoną datą spłaty. Czyli na dzisiaj
nierozliczonym. Kilka innych długów też. Większych. Nierozliczonych. Wierzyciel
chce zatem ubić interes po latach? Bzdura! Wierzyciel na początku nawet nie
pisnął o długach. Wkurzył się jednym – arogancką, bezczelną emanacją hucpy,
tupetu, kłamstwa i głupiej pewności siebie. Na zewnątrz, by reszta świata
widziała i „zazdraszczała”… Co nagannego powiedział Stary? „Przystopuj,
zawiść ludzka krąży wokół”. Odpowiedź do przewidzenia, ot, takie
bałamutne bzdury o luzie, ciężkiej pracy i beztrosce. Tak, koniec kontaktów.
Istota ludzka powinna tym się różnić od innych istot, że używa rozumu. Że ona
sama nie jest ani pępkiem świata, ani jedynym twórcą praw uniwersalnych. Co
oznacza życie na luzie? Nie posługiwanie się zasadami. Prócz tych, które
bezmyślnemu stworzeniu przynoszą korzyść. Luz jest tu filozoficznym alibi. Dla
bezmyślności właśnie. Dla niestosowania się do konwenansu. Luz… Będzie
fiesta, będą interesy i zabawa, potem pojawią się i pieniądze. Domy, sportowe
auta, szaleni koledzy i… I nie wiem co jeszcze. Ale to i tak niebezpieczna
zabawa. „Starzy” tylko w niej przeszkadzają. Więc w cholerę ze starymi!
No i a propos nierozliczonych
długów. Wstały z grobu. Obudziła je, wskrzesiła cudza bezczelność. Warto było, Młodzi Bohaterowie?
M.Z.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz